Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Zabójstwo Adamowicza Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
13 postów 95 komentarzy

Blog Roberta Grünholz

RobertGrunholz - www.rgrunholz.wordpress.com Urodzony w 1995, od 2007 zamieszkały w Szwecji. Publicysta, bloger, działacz spółdzielczy i studencki.

Alt-right i neoliberałowie w niedźwiedzim uścisku

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Dokąd zmierza ruch alt-right, antysystemowcy i całe środowisko walczące z dyktatem neoliberałów?

Do niedawna jeszcze, jak świat długi i szeroki (trzymając się definicji europocentryzmu poszerzonego o Trzynaście Kolonii, czyli nie wliczając do ,,świata'' mniej więcej 6 spośród nieco ponad 7 miliardów ludzi), bycie neoliberałem oznaczało jedyny słuszny punkt widzenia. W pewnym momencie stało się to nawet w większości inteligenckich kręgów modne, niemalże comme il faut. Jakkolwiek jednak przyjemna nie byłaby wizja liberalnego świata sojowej latte, mimozy popijanej do sobotniego brunchu, salonu tatuażu połączonego z alternatywną księgarnią, modnych cichobiegów (sneakers od ang. sneak -przemykać),a w debacie publicznej poszerzona o wymienianie ,,demokracji'' i ,,tolerancji'' jednym tchem dwadzieścia razy na minutę, zapomniano prędko, że jednak świat wcale nie kręci się wokół kilku metropolii i życia white middle class. Zapomniano, że ludzie, nie tyleż koniecznie wyznający inne wartości, lecz zwyczajnie wykluczeni społecznie, ekonomicznie i kulturowo z tegoż kółeczka wzajemnej adoracji, również mają prawo głosu i mogą się o swój głos upomnieć.

Tak się też stało. Przynajmniej teoretycznie, gdyż na obecną chwilę nie mają wcale więcej do powiedzenia niż jeszcze dziesięć lat temu. Nie o fakty jednak tu chodzi, a o pozory i w tychże można się dziś pławić. Mamy więc pozorną wymianę elit, pozorny nowy ład światowy, pozorną rewolucję (czy też już kontrrewolucję, bo któż by je zliczył) i pozornie nową erę. W związku z tym należałoby chyba włączyć się do apologetycznego chórku, gdyby nie to, że ten błyszczący nowością produkt śmierdzi nadal pierwszą połową XX-tego wieku; wypełniony jej pogardą dla ludzkiego życia, praw, traktatów i etyki, niemalże do samego cna przesiąknięty krwią oraz łzami niedawno niemal utopionego w nich świata.

Wszystko zaczęło się od powszechnej krytyki demokracji. Wielu z pewnością zakrzyknie teraz, że słusznie! Wszakże liberalna demokracja pozbawiła ludzi możliwości kontroli pracy ich reprezentantów, nie zapewniła żadnego pluralizmu, odebrała wszelkie możliwości wpływania mas na decyzje polityczne poza cyklicznymi i z tego wszystkiego najmniej ważnymi wyborami, ograniczała wolność przekonań i wypowiedzi, na dodatek nie gwarantując choćby minimalnej odpowiedzialności rządzących przed rządzonymi. Ciężko się z tą smutną diagnozą nie zgodzić, wszakże sam często zainspirowany słowami Predatora polskiej polityki, pisałem o różnicy między demokracją i demokracją liberalną, jako o różnicy między krzesłem, a krzesłem elektrycznym. Jednakowoż fakt, że usadzono nas na krześle elektrycznym nie jest jeszcze pretekstem do tego, by krytykować wszystkie krzesła, niszczyć fotele, wyrzucać taborety, demolować straponteny i twierdzić, że na ich miejsce należy wstawić wannę. Przykro mi, lecz dla mnie fakt istnienia krzesła elektrycznego nie jest wystarczającym argumentem za kupnem wanny.

Dlatego też wcale nie zdziwiło mnie, że słowo ,,demokracja'' kompletnie zniknęło ze słownika Nowej Fali albo też pojawiło się wyłącznie w roli kobiety przywiązanej do sztandaru trzymanego na czele pochodu. W tym przypadku chodzi mianowicie o ,,demokrację bezpośrednią'' i setki łzawych obietnic polityków o wspólnym mianie Teraz Nasza Kolej, obiecujących Polsce, Francji, Niemcom czy Włochom co najmniej system szwajcarski, jeśli coś nie znacznie lepszego. W praktyce okazuje się jednak, że ich fascynacja systemami quasi-totalitarnymi jest nadal żywa, czego przebłyski można dostrzec w trakcie każdej kampanii wyborczej, gdy tylko stojącym w drugim szeregu politykom (oczywiście młodym, nieskorumpowanym, szeroko uśmiechniętym i pod krawatami) wymyka się sposób w jaki postrzegają zdobywanie oraz utrzymywanie władzy, a przede wszystkim zwalczanie wrogich sobie obozów. Gdyby tylko podsłuchać ich przy ośmiorniczkach, zapewne usłyszano by, że pluralizm pluralizmem, ale watahę trzeba w końcu dorżnąć.

Wyobrażam sobie, że Milo Yiannopoulos machnąłby na moje słowa ręką i powiedział, że młodzi, rozżaleni i zbuntowani ludzie to tylko efekt poboczny złego funkcjonowania systemu. Widząc jednak młodzieżowy gang narkomanów i złodziejaszków, rzadko kiedy jesteśmy skłonni twierdzić, że to wszystko wyłączna wina szkoły. A rodzice gdzie w takim razie byli? Podobne pytanie można zadać widząc kolejne marsze tuptusiów pełne transparentów świadczących o kompletnym upadku roli wychowawczej i edukacyjnej nie tylko szkoły, ale także rodziców i całego społeczeństwa. Jest to szczególnie wrażliwe w krajach takich jak Polska, gdzie nie sposób pójść w dowolnym kierunku, by nie znaleźć tam jeszcze śladów po ostatniej wojnie. Ją także wywołali głośni i nie zawsze brani na poważnie demagodzy, mamiąc masy zgromadzone na placu w Norymberdze. Obserwowanie różnicy między wypowiadanymi publicznie słowami, a czynami tych światłych antysystemowców, już od dawna dostarcza mi sporo wrażeń i śmiechu. Wyobrażam sobie, że tak musiały czuć się masy ,,złowione'' ideami rozmaitych rewolucji, gdy tylko przejrzały na oczy po ustanowieniu kolejnego Komitetu, ujrzeniu pustych półek w sklepie i zorientowaniu się, że sąsiada już nie ma i lepiej nie pytać o to, co się z nim tak właściwie stało.

Słuszność miał zapewne Stephen Fry mówiąc, że zdobywanie kolejnych krajów przez środowiska alt-right nie dowodzi wcale ich siły, lecz wyłącznie słabości neoliberalnych elit. Ciężko jest jednak mówić o sile środowiska, które przez wiele lat ograniczało swoje zainteresowanie do wąskiej grupy uprzywilejowanych, mając w głębokiej pogardzie blisko dziewięćdziesiąt procent każdego społeczeństwa. Odwracanie się na problemy większości, nie mówiąc już o wspieraniu bezprawnych działań globalnych korporacji i banków pod sztandarami ,,lewicowości'', ,,solidarności'' i ,,troski o społeczeństwo'', było może z początku i nieco zabawne, ale od zapewniania rozrywki są kabarety, nie parlamenty. Znani dziś z obniżania podatków dla miliarderów ,,lewicowcy'' jedynie w teorii troszczący się prawem pracy i ekosystemem, w rzeczywistości wspierani przez spekulantów giełdowych, media i banki, nie są godnymi zaufania partnerami do rozmów, ani materiałem na kolejny rząd. Nie jest nim też jednak nabrzmiałe od nienawiści i hipokryzji alt-right, przed swoimi wyborcami głoszące np. potrzebę globalnej troski o środowisko (ale dopiero od czasu, gdy się zorientowali, że mówienie o ekologii jest trendy), tymczasem w rzeczywistości wynoszące na podium skrajny etnocentryzm i egoizm, ukryte pod sztandarami ,,patriotyzmu'' i ,,indywidualizmu''.

Z ich strony pozostaje ciągle wieczna martyrologia, stawianie i burzenie pomników, a także takie puste hasła jak Bóg, Honor i Ojczyzna. Nie bez powodu mawia się, że krowa, która duży muczy, mało mleka daje. Im bardziej osoba publiczna przekonuje mnie o swoim gorliwym katolicyzmie, tym bardziej gotowym dać sobie palec uciąć, że w domu bije żonę, a na msze chodzi tylko przed kamerami. Wynika to z mego osobistego przekonania, że ludzie wierzący nie muszą pisać w ogłoszeniu wyborczym, że są sługami bożymi, by to udowodnić i zbić na tym kapitał polityczny. Tak jak patrioci nie muszą wszystkiego nazywać przymiotnikami ,,patriotyczny'' i ,,narodowy'', ponieważ udowadniają swój patriotyzm zaangażowaniem na polu samorządowym, spółdzielczym czy kulturowym. Ci prawdziwi patrioci, a nie ci stale tupiący i krzyczący. To niestety w kiepskim świetle stawia ludzi spod największych sztandarów, z reguły nieznanym swoim własnym sąsiadom i zatroskanym o los miasta wyłącznie na kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi. Od paru lat oceniam ich czyny, a nie słowa. Dlatego też ktoś działający na rzecz jawności wydatków miejskich i udziału obywateli w procesach władzy oraz wydatkowania pieniędzy publicznych (demokracja partycypacyjna - zapamiętać) jest mi bliższy, niż po raz enty krzyczący coś Konfederata Planktonowy. Ten wyłącznie przed wyborami twierdzi, że trzeba na niego głosować, bo jest patriotą i katolikiem. Moja odpowiedź brzmi: a psu na imię Burek.

Jeśli ktoś wierzy w to, że nadchodzą jakiekolwiek pozytywne zmiany, a ja przypisuję pewnym środowiskom cechy oraz poglądy, które są im w rzeczywistości obce, niechaj zajrzy na ich strony, fora i grupy, po czym poszuka wątku o ostatnich wyborach prezydenckich w Brazylii. Jeśli nie przekona go do mojej opinii fakt, że ludzie ci wyrażają zadowolenie na wieść o wygranej faszyzującego militarysty, mówiącego wprost o mordowaniu przeciwników politycznych, chwalącemu dyktatury zrzucające ludzi z helikopterów do oceanu, wspominającego pozytywnie o tajnej operacji obcego wywiadu, której efektem było wymordowanie kilkudziesięciu tysięcy niewinnych ludzi w Ameryce Południowej, jeśli cieszy ich wygrana kandydata white middle class, chciwych oligarchów i zagranicznych koncernów marzących już o masowej wycince lasów deszczowych Amazonii, niechaj przyjmie moją receptę i rozpędzi się porządnie przed uderzeniem głową o ścianę. Bez tego nie wiem ileż warte jest wtedy to sarkanie w każdym programie publicystycznym, że tzw. środowisko antysystemowe ,,jest wolne od rasizmu, ksenofobii i nienawiści'', poprzedzone wyrażaniem ogromnego wręcz zadowolenia z wyboru skrajnie niebezpiecznego i nieobliczalnego generała faszysty. Zapewne tyleż samo, ile warte są zapewnienia neoliberałów i kawiorowej lewicy o wprowadzeniu tej biednej demokracji, selekcjonowanej tolerancji i sprawiedliwości - ale tylko dla, cytując będącego im bliskim premiera Polski, tak zwanych we, the people. Reszta może się bez sprawiedliwości obejść. Bez jedzenia i wody także.

W tym wszystkim najbardziej wychodzi na wierzch nędza intelektualna obu nienawidzących się wzajemnie środowisk. Ostatnio czytałem wywiady przeprowadzone z wieloma włoskimi politykami lat 60-tych i 70-tych, dziwiąc się niemiłosiernie powtarzającym się anegdotom o Napoleonie z ust Giancarlo Pajetty albo jego fascynacji Marcelem Proustem, Anatole France, Iwanem Turgieniewem i Giacomo Leopardim. Czytając dalej wywiad z Enrico Berlinguerem byłem zafascynowany jego znajomością myśli Antonia Labrioli, Antonia Gramsciego, Palmiro Togliattiego i Camillo Cavour. Obojętnie czy czytałem wywiad z chadekiem, komunistą czy socjaliberałem, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że każdy z nich posiadał jeśli nie głęboką, to chociaż wystarczającą wiedzę z teorii politycznej, poza faktem posiadania zwyczajnie interesującej osobowości. Nie dziwi więc ich (odbierane już przeze mnie wyłącznie negatywnie) nabożne podejście do rozmaitych ideologii. Im dłużej to czytałem, tym dłużej zastanawiałem się nad tym ilu tzw. liberałów zna dziś równie dobrze Misesa, Smitha czy Hayeka, ilu lewicowców czytało Kapitał Karola Marksa albo potrafi zdefiniować pojęcie anarchosyndykalizmu, nie wspominając już o dręczącym mnie przeczuciu, iż niemal żaden polski nacjonalista nie ma pojęcia o tym, iż prapoczątki jego doktryny ukształtowali niemieccy filozofowie, skoro Dmowskiego i Doboszyńskiego cytuje jedynie na wyrywki za pomocą Wikiquote. Dziwnym wydawałby się zresztą fakt ich świadomości tego, kim byli Herder, Fichte i Schelling. Nie tyczy się to wszakże tylko Polski i rodzimej sceny politycznej, gdyż podobny brak teoretycznego przygotowania można dostrzec u polityków niemal wszystkich opcji na całym świecie. Choć kogo jak kogo, ale mnie powinien cieszyć upadek skostniałych doktryn i dogmatyzacji życia politycznego, to nie spodziewałbym się wcześniej, że będzie to iść w parze ze zrównaniem debaty publicznej do poziomu, którego opisywanie słowem ,,nędza'' świadczy wyłącznie o moim dobrym humorze.

Nie dziwi więc mnie już fakt, iż coraz częściej przysypiam słuchając albo czytając wywiadów z ludźmi będącymi u władzy, albo starającymi się ją swoim pustosłowiem zdobyć. Brak przygotowania z zakresu politologii, ekonomii czy filozofii nie jest wszakże nużący sam w sobie (niech będzie, że nie jest nawet do rządzenia wymagany), lecz potęguje jedynie cały stylistyczny dramat, wszystkie prostackie myśli, chamskie oceny oponentów, beznadziejne przewidywania i jeszcze gorsze analizy teraźniejszości. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż zrównano poziom klasy politycznej ze średnią prezentowaną przez resztę społeczeństwa. Pytanie w jakim stopniu świadczy to o społeczeństwie, pozostawiam bez odpowiedzi. Myślę, że odpowiada nam na nie najlepiej fakt, iż z modnego popierania neoliberałów chodzących na smyczy światowej oligarchii, a przy tym pełnych frazesów o równości i sprawiedliwości społecznej, przeszliśmy znowu na Mussolinich i Ajatollahów. Czeka nas era politycznych ekstremistów i religijnych fanatyków, z reguły wartych siebie nawzajem. Początkiem tego są ekscentryczni prezydenci i premierzy Twittera, zadowalający masy swoją bezczelnością, arogancją i pogardą dla intelektualizmu. Wszakże po co wiedzieć i umieć, skoro i bez tego można rządzić największym krajem świata? Jak widać można, w dodatku z całkiem przyzwoitym poparciem.

Oficjalny blog: rgrunholz.wordpress.com

Oficjalny profil publiczny Facebook: https://www.facebook.com/grunholz.robert/

Robert Grünholz

11 grudnia 2018

KOMENTARZE

  • Oczywiście
    5 x *
    Pozdrawiam
  • @Autor
    "Walczą ze sobą dwa wilki. Jeden to gniew, zazdrość, chciwość, pretensja, kłamstwo pogarda. Drugi to radość, pokój, miłość, nadzieja, pokora, empatia i prawda. Który z nich wygra?

    Ten, którego karmisz!"

    To przysłowie idealnie pasuje jako komentarz do tekstu Autora. Autor bowiem pokazał z obecnego świata polityki wszystko to co jest w nim złe. Nie wymienił żadnej cechy pozytywnej. Każdy z tych krytykowanych przez Autora polityków czynił dokładnie to samo.
    Mimo tego zatem, że stosunek Autora do wymienionych cech jest negatywny, że Autor krytykuje i potępia to co zaobserwował, efektem tego będzie tylko wzmocnienie tych negatywnych cech.

    Autor karmi złego wilka!
  • Przeczytalem.
    Wszystko ladnie napisane ale czy mozna to sprzedac
    za $0.25? Czy to co bylo tak ladnie napisane zmotywuje kogos do czegos?
    Mam lat 70 i znam czlowieka dobrego co rownie dobrze pisze ale nie pozastaje po nim zaden slad. Pisze ksiazki, zbiory wierszy, ma spotkania.

    Czy nie lepiej bylo by cos stworzyc nowego zamiast powielac pustke starych slow?
  • Autorze
    Jaka ona brzydka, wstrętna, botoks aż z jej twarzy się wylewa.
  • Dlczego niby politycznie różni są tacy sami ?
    Odpowiedź jest prosta.
    Globalna mafią żydowska jest systemem totalitarnym...oni zawłaszczają, przejmuję, petryfikują, wszelkie nurty polityczne.... i te przejęte nurty uzyskują od mafii "certyfikat" demokratyczności i są dopuszczane do wyborów.

    Nurty których mafia nie zdołała przejąć pod swoją kontrolę.. nie otrzymują "certyfikatu" demokratyczności...takie nurty są delegalizowane, zwalczane, oklejane etykietami "skrajny" ekstremistyczny" "faszystowski"....itp.

    Podczas wyborów obywatel może głosować na dowolną partię sterowaną przez tę samą mafię....(tak czy siak rządzi starszy brat..)

    Tak wygląda "demokracja" narzucana Narodom przez globalną mafię żydowską...
  • @programista 08:14:56
    Autor pokazał dwa stronnictwa polityczne, a nie świat polityki. Napisał o nich właśnie dlatego, że nie są milutkimi wilczurkami. Dałbym dla równowagi tych miękkich i puszystych, ale nie dość, że jest ich mało, to są rozrzuceni od lewa do prawa, a moje wpisy muszą mieć ograniczoną długość, by je ktokolwiek czytał. Wyżej poprzeczki nie podskoczę...
  • @staszek kieliszek 09:32:08
    Stworzyć można! Problem polega na tym, że trzeba:

    1) Mieć z kim.
    2) Mieć wspólną idee.

    Rzecz w tym, że idea musi dotyczyć reformowania Polski XXI wieku, tymczasem jedyne rzeczy (o jakich z przekory nie piszę) wywołujące wśród rodaków emocje, to IPN, WSI, UB, SB, Grunwald, rozbiory, Konstytucja 3 maja, konfederacje, wojny, przegrane powstania (nigdy te wygrane), zmarnowane szanse, bezsensownie przelana krew, stawianie pomników, burzenie pomników, niekończąca się farsa martyrologii, mitologizacji własnej historii, stawiania kos na sztorc i mesjanizmu.

    Wystarczy spojrzeć na ostatnie wybory samorządowe i przekonać się jak bardzo Polacy zawierzyli starym komitetom partyjnym i ich medialnej walce, miast głosować na ludzi z inicjatyw miejskich, spółdzielczych, kulturalnych i społecznych, gwarantujących im większy udział w procesie pisania prawa, ustalania budżetu (wspomniana w tekście demokracja partycypacyjna), nowoczesnego planowania miejskiego, ochrony środowiska, uzyskiwania bezpieczeństwa zaopatrzenia w wodę, żywność, energię, rozwijania i modernizowania infrastruktury itd.

    Po co realne pomysły na rozwój miast i wsi, skoro można rozprawiać o pomnikach?

    Dlatego nikt o nich nigdy na moim blogu nie przeczyta...

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

ULUBIENI AUTORZY